O autorze
Codziennie jesteśmy świadkami zjawisk i sytuacji, które choć mogą mieć wiele wyjaśnień... dają się również zanalizować pod kątem psychologii sportu. Dlaczego dana drużyna zagrała dzisiaj tak dobrze? A co spowodowało niecodzienny wybuch agresji napastnika? W jaki sposób skutecznie przygotować się do zawodów? Odpowiedź może być tylko jedna: prosta i skomplikowana zarazem: „To zależy...”

Wygrać jeszcze w szatni

Wtorek, 27 sierpnia 2013 r. , godz. 20:45. To o tej porze zawodnicy Legii wybiegną na jeden z najważniejszych meczów w swoim życiu. Na spotkanie istotne nie tylko z punktu widzenia ich karier i ambicji, ale także szczególnie ważne z perspektywy polskiego kibica. Wszak od 17 lat żadna (!) polska drużyna nie zagrała w fazie grupowej piłkarskiej Ligi Mistrzów.

Biorąc pod uwagę wynik pierwszego meczu w Bukareszcie (1:1), można mieć nadzieję, że Legia jednak awansuje i dokona rzeczy wielkiej. Jednak mając też w pamięci perypetie krakowskiej Wisły, która po świetnych rezultatach u siebie (3:1 z Panathinaikosem Ateny oraz 1:0 z Apoelem Nikozja) jednak nie potrafiła postawić w drugim meczu „kropki nad i”, należy podchodzić do dzisiejszego meczu z większą rezerwą.

Do obecnej sytuacji Legii bardzo dobrze pasuje ostrzeżenie, iż dany mecz „można przegrać jeszcze w szatni”. Dzisiaj może być to szczególnie widoczne.

Wielu ekspertów jest zdania, że Legia, choć może poziomem piłkarskim nie góruje nad Steauą, to jednak obecnie nie jest od niej gorsza. Co może więc zadecydować o końcowym sukcesie? No właśnie – nastawienie mentalne.

Paradoksalnie, przed takimi meczami jak dzisiaj nie warto jest patrzeć na nie jako na mecze o wszystko. To nie jest mecz o życie, to nie jest mecz, po którym któraś z drużyn już nigdy nie wybiegnie na boisko. To 90 minut (albo 120 i dogrywka), po których jedna z drużyn zagra w Lidze Mistrzów, a druga będzie musiała na to zaczekać – ale być może tylko 1 rok. Tylko tyle. I aż tyle.

Wydaje się, że początek spotkania może mieć w Warszawie kluczowe znaczenie. Jak więc dobrze wejść w mecz i nie „przespać” pierwszych minut? Z pomocą może przyjść rutyna przedstartowa oraz efektywnie założone cele. Ale po kolei.

Rutyna przedstartowa to świadomie ułożony i zaplanowany ciąg czynności, które zawsze wykonujemy przed zawodami. Zawsze w tej samej kolejności, tak samo długo i z tą samą częstotliwością. Bez względu na to, czy gramy mecz towarzyski, ligowy czy bój o Champions League, np. zawsze przyjeżdżamy na stadion na 1,5h przed meczem, rozgrzewamy się w taki sam sposób, zakładamy getry w konkretnej kolejności, na boisko wchodzimy tą samą nogą. Nie należy mylić jednak rutyny z zabobonami i przesądami.

To nie magiczne moce mają zapewnić nam koncentrację oraz pewność siebie, a spokój naszego umysłu. Rutyna przedstartowa pozwala bowiem „odciążyć” nasze zasoby mentalne – nie musimy zastanawiać się kiedy dotrzemy na stadion, gdzie jest nasza szafka, który but powinniśmy najpierw zakładać. Dzięki temu nasz umysł może w pełni skoncentrować się czekających go zadaniach. Co więcej, dzięki dobrze prowadzonej rutynie, wzrasta nasz poziom pewności siebie i zwiększa się poczucie bezpieczeństwa. Te same i tak samo wykonywane czynności mają szansę oswoić trudną i stresującą sytuację – nawet jeśli jest to ostateczna walka o Ligę Mistrzów.

Z kolei umiejętność sformułowania odpowiednich celów drużynowych pozwala uniknąć sytuacji, gdy już np. w pierwszej minucie tracimy bramkę. Jakże często słyszymy w kontekście meczów Champions League, że „naszym najważniejszym zadaniem jest nie stracić dzisiaj bramki”. Po pierwsze jest to cel typowo wynikowy (a więc zależny nie tylko od nas) co może zwiększać presję na piłkarzach, po drugie jest to cel, który może zostać zaprzepaszczony już w pierwszej akcji przeciwnika.

I choć Legii do awansu wystarczy dzisiaj tylko 0:0, wskazane jest, aby celem nadrzędnym było bardzo dobre wykonywanie poszczególnych zadań na boisku (zarówno indywidualnych, jak i tych drużynowych), a nie tylko „bronienie bramki” i „zachowanie czystego konta”.

Dla wszystkich kibiców polecam na dzisiaj mowę Ala Pacino z filmu „Męska gra”. Oby ta z szatni Legii odniosła podobny skutek:

Trwa ładowanie komentarzy...