O autorze
Codziennie jesteśmy świadkami zjawisk i sytuacji, które choć mogą mieć wiele wyjaśnień... dają się również zanalizować pod kątem psychologii sportu. Dlaczego dana drużyna zagrała dzisiaj tak dobrze? A co spowodowało niecodzienny wybuch agresji napastnika? W jaki sposób skutecznie przygotować się do zawodów? Odpowiedź może być tylko jedna: prosta i skomplikowana zarazem: „To zależy...”

Strzeliliśmy bramkę? Lepiej myślmy co dalej!

Jest 87 minuta meczu, a Twój zespół potrzebuje jeszcze jednej bramki, żeby awansować do półfinału Champions League. Wykorzystałeś już wszystkie zmiany i czekasz na tę jedną akcję, która wprowadzi Cię do kolejnej rundy…

Nieśmiało rozwijająca się akcja, rykoszet, szybkość Twojego napastnika i… Gol! Piłka ląduje w siatce!

Z radości rzucasz się w objęcia swoich współpracowników, Twoje gesty nie pozostawiają wątpliwości – zawodnicy z Paryża jadą do domu! Hasło: „Półfinał jest dla nas!” masz wypisane na czole. Po ochłonięciu ustawiasz się przy linii bocznej i czekasz na koniec meczu… Przed Tobą 3, może 4 dłuuuuugie minuty, bo teraz z łowcy stajesz się ofiarą… Ale musi się udać!

STOP! Tak mógłby wyglądać obrazek większości piłkarskich spotkań. Ale nie tych z udziałem Jose Mourinho. To, że portugalski szkoleniowiec rzadko pozostawia coś przypadkowi, wiemy od dawna. Ale wczoraj, podczas bitwy na Stamford Bridge pokazał, że jest w stanie kontrolować wydarzenia na boisku nawet w momentach największej euforii.

Gdy w 87 minucie Demba Ba uderzeniem lewą nogą wyprowadził Chelsea na dwubramkowe prowadzenie, reakcja Mourinho wydawała się być oczywista i w pełni zrozumiała. W geście triumfu zaczął biec w kierunku cieszących się w narożniku boiska podopiecznych. Ale cóż to? Mourinho podbiega do grupki piłkarzy i zaczyna wyciągać z niej poszczególnych napastników, aby przekazać im ostatnie wskazówki – prawdopodobnie dotyczące optymalnego ustawienia na ostatnie sekundy ćwierćfinału. Jose doskonale bowiem wie, że Liga Mistrzów już nie takie cuda widziała i awans zdobyty w 87 minucie może zostać odebrany kilkanaście sekund później.



Czy Chelsea nie straciła bramki do końca meczu właśnie dzięki chłodnej głowie portugalskiego szkoleniowca? Być może. Ale tak naprawdę ważniejsza może być nauka dla zawodników The Blues, że nawet w sytuacji największej radości należy myśleć o tym, co wydarzy się już za chwilę.

W obliczu takiego zachowania Mourinho nie dziwią nas już pewnie też wypowiedzi Johna Terry’ego, który zaraz po meczu wspominał o treningach, gdzie ekipa Chelsea przygotowywała osobne warianty na grę przy wyniku 1:0, 1:1, 2:1, 3:1 i tak dalej…

Opracowanie najróżniejszych scenariuszy oraz przygotowanie się na trudne sytuacje naprawdę się więc sprawdza – a Mourinho i jego Chelsea jest tego najlepszym przykładem!
Trwa ładowanie komentarzy...